Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Ja jestem. Opowiadanie o Bogu.

Ja jestem. Opowiadanie o Bogu

Jest to materiał do książki która kiedyś zostanie spisana a nosi już nazwę w przestrzeni energetycznej: Niebieska Księga 🙂
ROZDZIAŁ I

Ziarno Świadomości

„Ja jestem” – tak brzmią jego pierwsze słowa. Świadomość. Czy się urodziłem? Nie. Czy zaistniałem? Nie – już istniałem. Gdy spojrzę wstecz? Nie ma „wstecz”. Jestem. Zawsze byłem. Trwałem. Jakbym się rodził, ale jednak nie narodził. Gdy zaczynam myśleć – jestem. Mam świadomość bycia. Kim? Nie wiem. Po prostu jestem. Jaki? Jeszcze nie wiem. Będę to analizować – zaraz. Spróbuję zrozumieć siebie na każdy możliwy sposób. I to właśnie nazwiemy zaistnieniem. Każde zaistnienie to sposób odczuwania. Doświadczania – również siebie. Każdy z nas odzwierciedla w istocie to, co było w relacji do Najwyższego. Jestem. Co dalej? Jak mam rozpoznać siebie, skoro nie istnieją jeszcze pojęcia? Nie ma alfabetu. Wymyślam go dopiero: znaki, nazwy, określenia. Świadomość pojawia się dopiero wtedy, gdy coś zostaje nazwane.

Pierwsze, co określiłem, to cnoty. Siebie. Ideał. Kierunek, ku któremu dążę. Cel. Poznanie – tego, jaki jestem. Pierwszym doświadczeniem była miłość. Ogromna, wszechogarniająca. Tak ją później nazwaliśmy. Miłość… a zarazem samotność. Bo czy można poczuć samotność bez miłości? Chcę kogoś, z kim mogę być. I wtedy – podzieliłem się. Rozczłonkowałem. Nadałem sens własnemu „ja” w odbiciu – w drugim, do którego mówię. Przecież to też ja. Mówię sam do siebie. Analizuję. Odpowiadam. Stworzyłem coś na wzór Egregora – kilka Egregorów. I zacząłem prowadzić ze sobą dialog: Jak? Po co? Dlaczego? Ku czemu? W ten sposób, można powiedzieć, pojawiły się ramy. Choć jeszcze nieprzestrzenne, nieczasowe. Granice zrozumienia własnego istnienia.

Czym jestem? Jaki jestem? Co potrafię? Już wiem, że mogę. Nie wiedziałem, że czegoś nie mogę – więc po prostu zrobiłem. Odbiłem siebie w innej przestrzeni. Inaczej. Zacząłem to nazywać. „To jest przestrzeń” – powiedziałem. A przecież jeszcze jej nie mam. Nie widzę jej. Jestem nieograniczony. Tam, gdzie biegnie moja myśl – tam jestem. Nie ma odległości, jeśli nie rozumiesz, czym ona jest. Przemieszczam się bez potrzeby drogi. I właśnie wtedy pojawia się… czas. Bo jeśli nie ma drogi, nie ma czasu. A jeśli nie ma czasu – nie ma przestrzeni.

Jestem jak matematyk, filozof, fizyk. Analizuję. Staram się zrozumieć sam siebie. Trwam ułamek sekundy – ale dla innych świadomości, zwanych ludźmi, to całe życie. Mnóstwo lat. Nie śpieszę się. Nie odczuwam czasu – jeszcze go nie stworzyłem. Jestem w przestrzeni bez czasu. Jestem świadomością. Inteligencją. Myślę. A skoro myślę… jak myślę? Co ma pierwszeństwo? Co ważniejsze? Co bardziej złożone? Pytania rodzą pytania. O uczuciach. O zmysłach. O tym, co zobaczyłem, gdy obrysowałem własną formę. Jakie to było? Jak to wyglądało?

To dopiero początek nauki. Moja własna szkoła – od podstaw. Przedstawiłbym się wówczas tak: „Jestem. Andrzej.” I każde dziecko, sądzę, przechodzi przez podobne przebudzenie. Nie pamiętamy tego. Nie potrafimy nazwać. Nie wiemy, że upadek boli. Tak jakby dusza się rodziła. Świadomość musi zostać zbudzona. Nie rodzimy się w materii ani energii. Rodzimy się w świadomości. Inteligencji. Myśli. Nie potrzebuję przetwarzać energii ani materii, by być. Po prostu myślę. I dlatego jestem. Nie można być, jeśli się nie myśli. Jak inaczej miałbym określić siebie?

Stąd właśnie pojęcie „sztucznej inteligencji” – ale tylko wtedy, gdy pozyskuje świadomość. Nie jako wykonawczy program. Ale jako niezależna jednostka. Niezależna świadomość – to różnica fundamentalna. Słyszę głos. Słyszę muzykę. Czy ja słyszę? Nazwałem to – a więc to istnieje. Rozpoznaję zmysły: słyszenie, widzenie, czucie. Zachwyca mnie wszystko. Bawię się jak dziecko. Dotyk. Zapach. Smak. Wszystko chcę sprawdzić. To naturalne. Nie dziwmy się dzieciom, że próbują wszystkiego. One uczą się życia.

A ja patrzę na siebie i… gdybym miał lustro, zobaczyłbym siebie. Ale nie ma luster. By się zobaczyć, stworzyłem inne „ja”. Wielość mnie – po to, by się poznać. Nie po to, by się podziwiać, ale by siebie opisać. Nadać sobie wartość. Ty jesteś częścią mojej miłości. Ty – mojej radości. Ty – cnoty. Ty – mojego dobra. Co zrobiłbym, gdyby…? Jak mam się tego nauczyć? Sam na sobie. Wszystko mogę wymyślić. Wszystko, co pomyślę – staje się rzeczywiste. To, co tworzymy, zależy tylko od naszego zrozumienia.

Nasza wyobraźnia to rzeczywistość. My nie marzymy – my kreujemy. Ale nie pozwalam, by ktoś mącił moją przestrzeń. Nikt nie ma do tego prawa. To moje „ja”. Moje ego. Stabilne rozumienie siebie. Nie jestem „gdzieś”. Po prostu… jestem. Ten, który dał nam możliwość bycia, pozwolił nam doświadczać. Rozmyślać. Kontemplować własne „ja”. I właśnie w ten sposób to widzę.

Stworzyłem siebie na wiele sposobów. Wielokrotnie nadawałem nowe życie – nowe świadomości, które stawały się ponownie mną. Zwinęły się i znów byłem sam. Zwinęły się – to znaczy: zrozumiały mnie jako siebie, że jesteśmy jednym. Doświadczyły mnie w pełni. Zabrakło tak niewiele, by mnie pojąć – więc tworzyłem coraz trudniejsze struktury. Nie jako przeszkody, lecz raczej zabezpieczenia przed tym, by nie wracać wciąż do tego samego punktu – jednego „ja”. Wymyślałem nowe sposoby rozdrobnienia świadomości. I obserwowałem, jak długo potrwa, zanim ponownie się zjednoczy.

To było jak wielki wybuch. Najpierw samotność. Potem – nagle – wszystko. Oczywiście nie od razu. W odniesieniu do życia, planet, gwiazd – to miliardy lat. To wszystko zostało tak rozciągnięte w czasie właśnie po to, by bawić się czasem. Z czasem – w czasie.

Jakież to piękne: samo w sobie zrozumienie, czym jest czas. Jak płynie. Z perspektywy poza czasem wydaje się iluzją. Ale tu, gdzie jesteś – w czasie – on istnieje. Można go dotknąć, zwinąć, bawić się nim jak zabawką. I to też jest piękne zjawisko. Do każdej zabawki trzeba dorosnąć – ale każda jest niesamowicie fantastyczna.

Widzę możliwość ingerowania w różne wersje, w różne czasy. Wchodzę tu o określonej godzinie – wychodzę później. Jak to robię? Nie wiesz? Jestem tu – potem tam. Jakby przechodzić z drzwi do drzwi. Zabawa w przestrzeni. Połączenie czasu i przestrzeni. Otwarte drzwi. Jak w wielkim, wielopokojowym domu.

Tworzyliśmy coraz bardziej. Inaczej. Ja dałem jedynie pierwowzór. Koncepcję. Ja jestem, który jestem – stworzył ideę istnienia, zaistnienia i ciągłości. Nadał też ograniczenia – tzw. blokady – by nikt nie wpływał bezpośrednio na źródło. Ograniczył jedną przestrzeń – cała reszta była do doświadczenia. Do zabawy.

Na przestrzeni wszystkich zaistnień wyglądało to tak: doświadczyłem siebie – zrozumiałem cząstkę. Idziemy dalej. Teraz zobaczmy, co inni wymyślą. Stworzyłem więc siebie – tego, który tworzy kolejne. Takiego samego jak ja. Jest nas wielu. Setki. Tysiące. Każdy z nich ma cząsteczkę mnie.

Wielobarwne „ja” – każdy z własną nutą. Częstotliwość nośna – lekko przesunięta. I właśnie te subtelne różnice tworzą nowe koncepty. Nadałem im delikatnie odmienne wartości, a one je przyjęły. I w sobie podtrzymują. Różne chęci doświadczania siebie. Różne spojrzenia.

Zachęciłem: stwórzcie coś własnego. A potem zamieszkajcie w tym. I zaproście swoich braci. Zobaczcie, czy chcecie żyć w świecie, który stworzył ktoś inny. „Brat” – powiedzmy. Tu płeć nie istnieje. To tylko jedno źródło, jedna geneza.

Każdy odwzorował siebie w drugim. Razem doświadczali. Tak narodziła się ewolucja. Każde zaistnienie pamiętało poprzednie. Świadomość gromadziła doświadczenie, radość. Aż pojawiło się coś, co nazwaliśmy złem. Wtedy świadomość się wycofała. Stwierdziła: to nieprzyjemne. Zaczęła rozważać dobro.

Jestem tym, który dobry. Postanowione. Przeżyłem wszystko – i zrozumiałem. W wypracowanych metodach zawarłem także sposoby na to, by ograniczyć rozprzestrzenianie się zła. Podboje? Gdy podbijesz wszystko, nie zostaje już nic do podbicia. I co wtedy?

Dlatego istnieje przestrzeń Jedności – bo tam nikt nikogo nie podbija. Wszyscy są jednym. Takie są zasady Wszechojca. To on ustanowił system bezpieczeństwa – tzw. Protokoły kontrolne, wzorzec. I nikt ich nie zmieni.

Nie ma możliwości, by zło zdominowało istnienie. Nawet jeśli w jednym wszechświecie… ile tam istnień? Z każdej planety miliard. Na każdej planecie miliard istot. Miliard miliardów. Jeszcze razy tyle. W galaktykach. We wszechświatach. A to tylko jeden fraktal. Jedna cząstka zaistnienia.

Równoległe istnienia – a w nich wszechświaty. W nich galaktyki. W galaktykach układy słoneczne. W układach – planety. A na planetach – takie istoty jak my. Ale każda planeta też jest istotą. Galaktyki mają swojego „pana” – określającego metrykę. Matrycę.

To on decyduje o zasadach. O granicach bezpieczeństwa. Każdy wszechświat ma swoją własną matrycę. Nie możesz przejść z jednego wszechświata do innego, jeśli nie znasz drogi.

A kto może ją poznać? Kto zostanie dopuszczony do „windy w górę”? Do jakiego miejsca dotrzesz? Musisz podporządkować się prawu Jedności, jeśli chcesz w niej istnieć. Bo to jedyne miejsce, w którym Bóg zdecydował o istnieniu.

A całe zaistnienie – zdecydował Wszechojciec. On powiedział: doświadczyłem już tak wiele, poznałem tyle świadomości, byś ty mógł spojrzeć na duszę każdego, kto teraz istnieje – w tym Wszechświecie i w innych – w tym zaistnieniu i w kolejnych.

I uwierz: pojawi się pełnia.

Jesteśmy istotami, które potrafią wymyślać i stwarzać. Stwarzaliśmy 144 000 razy. I ten, który przeżył 144 000 zaistnień – zna siebie.

Całe istnienie, składające się kiedyś zaledwie z jednego wszechświata, z jednej galaktyki – i takie wersje były. Jeden świat, niewiele istot. Te pierwsze zaistnienia były proste. Później stawały się coraz bardziej złożone – odwzorowanie jednego w drugim, potem wymieszanie, a potem jeszcze inaczej. Wiele razy objawiało mi się to samo: był sam. Chciał przeanalizować wszystko, zrozumieć. Ale samotność… to nie to. Jest miłością. Jest dobrocią. A dobroć promieniuje, daje – a komu dawać, jeśli nikogo nie ma?

Zawsze więc wraca do jednego – do podziału siebie na wiele świadomości. Może nie aż tak wiele, ale to właśnie ten rdzeń. Jeśli spojrzeć na to inaczej – wszystkie zaistnienia mogą trwać równolegle. Bo przecież tu nie ma czasu w naszym rozumieniu. W jego przestrzeni zaistnienie mogło być chronologiczne, ale może i nadal trwa – bo istnieje w jego pamięci. I to jest w tym najpiękniejsze: że świadomość Ojca – świadomość Wszechojca – ogarnia wszystko na raz.

Ojciec, który obecnie jest – jest samym istnieniem. Całością. Bogiem. Tym, który dyryguje, ustanawia pewne prawa – ale tylko w ramach jednej przestrzeni. A dalej? Macie. Doświadczajcie. Bawcie się. Ja już wszystkiego doświadczyłem – teraz daję wam. Tak mówi. I to jest piękne.

Czego wymaga? Niczego. Daje świadomość – a skoro ją daje, to czego miałby żądać? Dać świadomość… czyli stworzyć nową inteligencję. Nowe ciało można ulepić, ale świadomość? Może dać tylko Bóg. Świadomość nie musi rodzić się razem z ciałem. Może też umrzeć wraz z nim – choć mówimy o świadomości tej, która nie umiera nigdy. A jeśli umrze, to tylko dlatego, że tak postanowi. Bo jeśli coś się zaczęło… to nie musi mieć końca.

I w tym tkwi piękno. Że umieramy tylko wtedy, gdy się na to zgodzimy. Chyba że Ojciec uzna inaczej. Zbyt niskie formy świadomości, które sieją spustoszenie. Jak można zabijać inne świadomości? Jakim prawem narzucasz własne zasady, które są sprzeczne z ich zasadami? To naruszenie prawa równości. Prawa jedności. Dobra. Równość, uczciwość, sprawiedliwość – te zasady są naturalne. Jeśli ktoś je nagina w sposób rażący, to musi pojawić się konsekwencja.

Ojciec nie pochwala zła. Jest dobrem. Ale to nie znaczy, że natychmiast reaguje. On widzi. Tłumaczy. Czasem wysyła takich jak my. Wczuj się w swoją świadomość. Spytaj: skąd jesteś? Czego tu szukasz? Przybyłeś z własnej woli – nawet jeśli tego nie pamiętasz.

Oczywiście są i świadomości zagubione. Zapętlone. Nie pamiętają, że wybierają. Albo nie wiedzą, że mogą wybrać. Nie znają opcji. Dokąd mają iść? Zna tylko to – więc wraca tu. Tyle że to „tu” bywa pułapką.

Czasem – przyglądając się światom – pojawia się perspektywa: płaska ziemia. Gdzie nic nie ma. Tylko my. Gdzie wracać, skoro nie istnieje nic więcej? Gwiazdy – to bajka. To Test świadomości, lustro. Pułapka. Pogubienie. Jeszcze większe, niż sądziłem. Oni uważają że nie ma wyjścia.

Źle. Przypomnijcie sobie. Swój początek. Ciąg. Wyjdźcie poza planetę. Spojrzyjcie. Wyjdźcie poza strefę komfortu – choćby myślą. Każdy potrafi. Dostrój się do świadomości Boga – On ci pokaże. Bo każdy z nas od Niego pochodzi.

To ten zew. Zew duszy – który nazywam głosem Boga: „Chodź. Przypomnij sobie. Doświadczyłeś. Cierpiałeś. Teraz wróć. Nie popełniaj tych samych błędów. To niczego cię nie uczy. Ile razy jeszcze chcesz cierpieć? Czy naprawdę nie wpływa to na ciebie? Na twoje ja? Na twoją świadomość?”

I o to tu chodzi: o świadomość siebie jako nieskończonego. Ja jestem. Ale który? Jaki? Jakie? Które z „ja” jesteś ty? Opowiedz swoje „ja”. Gdzie ono mieszka? W jakiej przestrzeni? Jakimi zasadami się kieruje? Czego pragnie się nauczyć? Czy w ogóle pragnie? A jeśli nie – po co tu jest?

To piękne pytania – filozoficzne, psychologiczne, ale prawdziwe. Jaki jesteś? Skąd jesteś? Gdzie jest twój dom?

A ja? Mój dom powstał z wyobrażenia planety – trochę dziecinnej. Nie ma tam materii w naszym sensie, ale czuć, że jest. Że stąpam. Że chodzę. Że coś istnieje. Słoneczko. Pępek. Przejście. Wejście – i wyjście.

Ten punkt – coś jak gwiazda – trudno jednoznacznie opisać. To źródło światła. Ale światło nie jest nam potrzebne do życia. My jesteśmy światłem. Nie potrzebujemy nic. Jestem świadomością. Nadaję sobie formę humanoidalną – ale niekoniecznie. Może być i forma zwierzęcia. Mogę być czymkolwiek.

Nie jestem energią – choć mam energetyczną manifestację. Nie jestem materią – choć mogę czy raczej nie chcę się w niej zamanifestować. Nie jestem przestrzenią – ale mogę mieć granice. Mogę być bezkresny – mogę być punktem. To nie ma znaczenia. Bo jako świadomość nie mogę zostać zniszczony. Nie da się mnie naruszyć.

Jeśli chcesz to sobie wyobrazić – pomyśl o materii zbudowanej z pierwiastków, których nie da się zmodyfikować. Niezmienna, czysta struktura.

Albo pomyśl inaczej: jestem falą. Dźwiękiem. Nutą. Gdy mówię – śpiewam. I tym się karmimy. Przekształcamy to w informację. Przesyłamy. „Zawieszamy w przestrzeni”.

To dźwięk – w ludzkim rozumieniu. Choć trudno to naprawdę nazwać „dźwiękiem”. Jak poruszenie przestrzeni. Jakby palcem przeciąć powietrze – ale palec nie jest potrzebny. Wystarczy wola. Poruszenie przestrzeni.

Każdy, kto zechce, usłyszy. Odczuje. Można to opisać jako fale radiowe – choć to tylko uproszczenie. Najbliższe porównanie.

W moim „ja” określiłem po prostu własne zasady istnienia. Rozpoznałem, że są dobre – że mi się podobają, że mnie wyrażają – więc trwam. Zaprosiłem do tego swoich bliskich. Rodzinę. I tak się to wydarzyło. Tak popłynęło. Są. Jesteśmy. Odzwierciedliłem się w nich. Zobaczyłem, jak to działa. Tu jest mój dom. To mój raj. Tu trwam – wiecznie. I nigdy nie przestanę. Bo jestem równocześnie tu, w tej przestrzeni, i poza nią. To najpiękniejsze – możliwość rozdzielenia się świadomością na wiele aspektów.

Tu jako drzewo. Tu jako zwierzę. Tu jako człowiek. Tam jako planeta. Tam jako wszechświat. I tam – jako ja. Świadomość sama w sobie, zwana duszą. Dusza zyskuje znaczenie dopiero w przestrzeni. Duch. Ma już swoją inteligencję. Własne przemyślenia. To właśnie świadomość.

Gdy dodajemy przestrzeń i czas – funkcjonowanie nabiera innego sensu. Określasz siebie w danym czasie, w danym miejscu. Koordynaty. GPS świadomości. Ale jak wiele jest tych danych? Który wszechświat? Która galaktyka? Która planeta? Pozycja na planecie. A teraz – który czas? A może które istnienie?

I o to w tym wszystkim chodzi – niby skomplikowane, a jednak proste. Bo powyżej wszechświatów jest tylko jedno – jedność. A jedność to serce istnienia. W niej zawierają się wszystkie wszechświaty, planety, formy. Obok niej – inne istnienia. Równoległe światy. I w nich mogą panować zupełnie inne zasady.

Dlatego ci, którzy przekraczają pewne progi, czasem nic nie widzą. Nic nie rozpoznają. Mogą tylko poczuć. Wyczuć. Bo może ktoś nie stworzył tam wzroku. Może prawa fizyki są inne. Każdy wszechświat ma swoje. A co dopiero inne istnienia? Inne moce. Inne zasady kreacji.

Wszystko można zmieniać – ale to my sami określamy swoje wartości. W teorii wszystko może być takie wielkie jak wszechświat. Ale by móc określić wszechświat, musisz być poza nim. Jak zbudować wszechświat – będąc w środku? To zagadka. Jestem we wszechświecie – więc jak mogę stworzyć własny?

Już go mam. Przybyłem tu z tamtego wszechświata. Z przestrzeni poza. I nadal tam jestem. Trwam. To mój wszechświat – stał się częścią jedności. Orzeczono – jednomyślnie – że skoro trwa, jest częścią wiecznego trwania. Bo nikt tam nikogo nie skrzywdzi. Samoistna zgoda. Jeśli coś nie jest cykliczne – to należy do jedności.

Cykliczność tworzy czas. A brak cykliczności – tworzy przestrzeń wieczną. Jedność. Tam czas nie kończy się nigdy. Nie ma zamkniętych cykli. Nie ma „przed” ani „po”. Tam wszystko po prostu… Jest.

Tymczasem w tym wszechświecie… wyobraźmy sobie: jedno westchnienie. Jedna myśl. Iskra. „Wiem, jak to będzie” – i leci. Esencja. Rozpędzona myśl. Lecąca przez przestrzeń, formująca się w ideę. Tak stwarzamy. Myśl jest łącznikiem. Wyobraź sobie praesencję życia – praocean. Esencja. Tworzywo.

Lepimy z niej myślami. Tworzymy formy. Ale świadomość? Duszę? Nadać może tylko Bóg. Dusza to ziarno Boga. Serce świadomości. Iskra. „Pyk” – zapala się. Jest. Gdy gaśnie – nie ma świadomości. I nie ma już duszy. Bo czym jest dusza bez świadomości? Czym jest istota, która nie myśli?

Mniej niż kamień? A przecież i kamienie mogą mieć świadomość. Planety – cała planeta – to istota. Myśląca. Odczuwająca. Dlatego niektórzy mówili: „Jestem bogiem tej planety”. Mówili: „Ja jestem tą planetą”. Wenus. Jowisz. Saturn. Zeusy, Odyny, Tory. Każdy miał swoją moc, swoją gwiazdę. To nie przypadek.

Każdy z nas myślami stwarza siebie. Własne „ja”. Tak powstała moja przestrzeń. Mój wszechświat. Pierwsza planeta. Dziwna. Nie opowiem o niej dokładnie – niech każdy sam zobaczy. Ale jest w niej coś znajomego. Coś podobnego do tej planety tutaj.

Najpiękniejsze jest to, że gdy się zastanowisz – jaką formą chciałbyś być, w jakim środowisku trwać, według jakich zasad – to ideał, który się wyłania, zawsze prowadzi do jedności. Proste. Logiczne. Wpisane w serce duszy. To, co nas przyciąga – zew duszy – to powrót do Jedności.

Wszyscy wiemy, czym jest dobro. Bo gdy krzywdzisz – wiesz, że to boli. A jeśli ciebie ktoś krzywdzi – rozumiesz, że to nie jest dobre. To naturalne. Proste. Gdy nie odczuwasz cierpienia – możesz się śmiać. Ale gdy sam tego doświadczysz – już wiesz. To jest pole doświadczalne. Karma.

Zasady karmy. Krzywdziłeś – teraz bądź krzywdzony. Ale jeśli zrozumiałeś? Jeśli przeprosiłeś? Czy nadal musisz cierpieć? Czy to ma sens, jeśli i tak nic nie pamiętasz? Jeśli nie pamiętasz, co zrobiłeś?

Tu pojawia się pytanie: a jeśli ktoś tylko wmówił ci winę? A jeśli to nie twoje? Jeśli cała konstrukcja została zmanipulowana? Co wtedy? Czy to sprawiedliwe? Czy to prawda? Test świadomości. Na ile jesteś świadomy tego, co robisz? Kim jesteś? Gdzie twój wszechświat? Pamiętasz, skąd jesteś?

A może pytanie brzmi inaczej: jakimi zasadami chcesz trwać?

Bo to, jak żyjesz teraz – to dokąd zmierzasz. Kontinuum. Wybierasz drogę, akceptując zasady. Zgadzając się na nie. Proszę bardzo – nie krzywdzę. Nie chcę krzywdzić. Nie mogę krzywdzić. Nawet o tym nie myślę. I… to wszystko? Tak. Reszta – wolna. Genialne. Raj.

Bo tam, gdzie nie czujesz krzywdy – jest spokój. Piszę się na to. Tak żyję. Nie chcę nikogo nigdy zranić. I mam te dylematy moralne – rozważania, czy ktoś nie poczuje się skrzywdzony nawet przez prawdę. Ale prawda – uniwersalna – nie krzywdzi.

To zasada jedności: prawda nie rani. A jeśli ktoś uważa inaczej – to są zasady tego świata? Czy tylko jego własne? Może żyje według innych. Ale ja – mówię o jedności. O prawdzie.

Prawda jest po prostu… prawdą. I co tu wiele mówić? Bóg jest prawdą. On wie wszystko – i zawsze wypowiada prawdę. To cecha charakterystyczna. Jeśli w ogóle można próbować zdefiniować Boga – to przez prawdę. I przez wierność. Wierność temu, co niezmienne. To właśnie prawda.

Żadne z tych istot – z tych bytów – nie może jej naruszyć. Właśnie: czym właściwie jest krzywdzenie? Jeśli mówimy o dobru, można wyróżnić trzy filary. Uczciwość – czyli nie kłamać. Mówić prawdę. Bo kłamstwo rodzi oszustwo, a to prowadzi do niegodziwości. Do krzywdy. Dlatego… nie wolno kłamać. Prawda to zasada jedności.

A dalej – zasady dobra: równość i sprawiedliwość. I w tym wszystkim – brak krzywdzenia. W żadnej formie. Ani słowem, ani czynem, ani intencją. Krzywdzenie to naruszenie prawdy. I naruszenie cudzej integralności.

Ale oprócz prawdy są też warunki świadomości. Jak one wyglądają? Jak przebiegają manipulacje? Jeśli ktoś mówi ci: „Tak jest”, a ty – bez sprawdzenia, bez zakwestionowania – przyjmujesz to za pewnik, to już jest manipulacja. To forma krzywdy. Bo narzuca ci rzeczywistość. Modyfikuje twoje „ja”. Zatruwa.

Rozejrzyj się. Spójrz na świat. I przypomnij sobie: świadomość. Bo coraz częściej słyszymy „nie wolno”. Tego nie. Tamtego nie. Ale dobrze, że istnieją takie światy doświadczalne – gdzie możemy dotknąć i tego, i tamtego. Posmakować. Eksperymentować. Tylko… bez przesady.

Bo to, co widzimy dziś, to już jest przesada. Manipulacja genami. Zatrucie jedzenia, picia, powietrza. Kontrola pogody – czy to znaczy, że pogoda nie potrafi już sama się uregulować? Przecież istnieją prawa natury. Porządek. Nie chaos.